tradingview
A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z

Free float

Free float to ta część akcji spółki, która realnie krąży po rynku i może zmienić właściciela na sesji. Po polsku mówi się o wolnym obrocie albo o akcjach w wolnym obrocie, ale w praktyce wszyscy używają angielskiej nazwy.

Kluczowe słowo to „realnie”. Spółka może mieć 100 mln akcji, ale jeśli 85 mln z nich siedzi w rękach założyciela, który nie sprzedał ani jednej sztuki od dziesięciu lat, to Ty konkurujesz o 15 mln akcji, a nie o 100 mln. I to jest liczba, która decyduje o tym, co się stanie z kursem, kiedy pojawi się większy kupujący.

To jeden z tych parametrów, które nie występują w żadnym popularnym screenerze na pierwszej stronie, a potrafią zdecydować o wyniku pozycji bardziej niż wskaźnik C/Z.

Co nie wchodzi do free float

Z całkowitej liczby akcji odejmujemy pakiety, które nie biorą udziału w codziennym obrocie:

  • akcje założycieli i rodziny — pakiety kontrolne, których nikt nie zamierza sprzedawać
  • inwestorzy strategiczni — zwykle każdy podmiot powyżej 5% traktowany jest jako akcjonariat stabilny
  • Skarb Państwa i podmioty publiczne — na GPW to gigantyczna kategoria, wystarczy spojrzeć na energetykę i sektor paliwowy
  • akcje w posiadaniu zarządu i rady nadzorczej
  • akcje własne spółki — skupione przez firmę i leżące w jej portfelu, bez prawa głosu
  • pakiety objęte lock-upem — po IPO założyciele i fundusze mają zwykle zakaz sprzedaży przez 6–12 miesięcy
  • udziały spółek powiązanych kapitałowo

To, co zostaje, to free float. I to jest cały rynek, z którym masz do czynienia.

Jak to policzyć

Wzór jest banalny:

Free float (%) = akcje w wolnym obrocie / wszystkie akcje × 100%

Kapitalizacja free float = kurs × liczba akcji w wolnym obrocie

Przykład. Spółka ma 50 mln akcji po 40 zł, więc kapitalizacja to 2 mld zł. Założyciel trzyma 30 mln akcji, fundusz strategiczny 8 mln, spółka ma 2 mln akcji własnych. W wolnym obrocie zostaje 10 mln akcji.

Free float to 20%, a kapitalizacja free float 400 mln zł. I to jest prawdziwa skala rynku dla tej spółki — nie te dwa miliardy z nagłówka.

Jeżeli fundusz zdecyduje się zbudować pozycję za 40 mln zł, chce kupić 10% całego dostępnego rynku. Nie zrobi tego bez podbicia kursu. Przy spółce o tej samej kapitalizacji, ale free floacie na poziomie 80%, ta sama transakcja byłaby ledwie zauważalna.

Dlaczego indeksy liczą free float, a nie kapitalizację

Wszystkie poważne indeksyWIG20, mWIG40, sWIG80, a także MSCI, FTSE czy S&P — ważą spółki kapitalizacją skorygowaną o free float, nie kapitalizacją całkowitą. Dodatkowo stosują limity udziału pojedynczej spółki, żeby jeden gigant nie zdominował całego indeksu.

Powód jest czysto praktyczny. Indeks ma być odwzorowywalny. Fundusz pasywny musi być w stanie faktycznie kupić akcje w proporcji do wagi. Gdyby indeks ważył spółkę, w której 90% akcji trzyma Skarb Państwa, jej pełną kapitalizacją, żaden ETF nie byłby w stanie zbudować takiej pozycji — po prostu nie byłoby czego kupić.

Dla Ciebie płynie z tego konkretna konsekwencja. Zmiana free float zmienia wagę w indeksie, a zmiana wagi w indeksie generuje wymuszony przepływ kapitału. Kiedy główny akcjonariusz sprzedaje pakiet w ABB i free float rośnie z 20% do 35%, fundusze pasywne muszą dokupić akcje, żeby odtworzyć nową wagę. Kupują niezależnie od tego, co myślą o spółce. Tak samo działa to w drugą stronę przy skupie akcji własnych albo wezwaniu.

Wejście spółki do MSCI czy do WIG20 to nie jest nagroda za jakość biznesu. To jest zdarzenie przepływowe, które przez kilka sesji potrafi ruszyć kursem mocniej niż wyniki kwartalne.

Free float a płynność — to samo pytanie

Niski free float oznacza cienki arkusz. Cienki arkusz oznacza trzy rzeczy, z których każda kosztuje Cię pieniądze.

Szeroki spread. Różnica między najlepszą ofertą kupna a sprzedaży potrafi wynosić 1–3% zamiast 0,05%. Płacisz to przy wejściu i drugi raz przy wyjściu. Na dziesięciu transakcjach w roku to kilkanaście procent kapitału oddane w powietrze.

Poślizg przy realizacji. Twoje zlecenie zjada kilka poziomów w arkuszu. Chciałeś kupić po 40 zł, średnia cena wykonania wyszła 41,20 zł. Przy zleceniu rynkowym na niepłynnym walorze potrafi być znacznie gorzej.

Brak wyjścia w panice. To jest najgroźniejsze i o tym mówi się najmniej. W spokojny dzień arkusz wygląda znośnie. W dniu, w którym spółka publikuje złe informacje, po stronie kupna nie ma nikogo. Kurs otwiera się 20% niżej i stoi na widełkach. Twój stop loss nie zadziała na poziomie, który sobie zaplanowałeś — zadziała tam, gdzie pojawi się pierwszy kupujący.

Dlatego rozmiar pozycji na spółce z niskim free floatem musi być pochodną średniego dziennego obrotu, nie tylko Twojego apetytu na ryzyko. Osobiście trzymam się zasady, żeby pozycja nie przekraczała kilku procent średniego dziennego wolumenu — inaczej sam jestem rynkiem i sam sobie robię cenę. Jeśli liczysz wielkość pozycji na sztywnym procencie kapitału i nie konfrontujesz tego z płynnością, to Twoje zarządzanie ryzykiem istnieje tylko w arkuszu kalkulacyjnym. Możesz to policzyć w kalkulatorach, ale wynik zawsze konfrontuj z arkuszem zleceń.

Mit: „niski free float to raketa”

Ten mit ma w sobie ziarno prawdy i dlatego jest tak niebezpieczny.

Tak, przy niskim free floacie mniejszy kapitał wystarczy do wywołania większego ruchu. Matematyka działa. Popyt na 5 mln zł w spółce z free floatem 30 mln zł zrobi znacznie więcej niż ten sam popyt przy free floacie 3 mld zł.

Problem polega na tym, że dźwignia działa symetrycznie. Ta sama cienkość arkusza, która pozwala kursowi wystrzelić o 40% w dwie sesje, sprawia, że oddaje on te 40% w jedną. A wtedy po drugiej stronie nie ma nikogo, komu mógłbyś sprzedać.

Ludzie kupują niski free float, bo widzą potencjał wzrostu, i całkowicie ignorują, że kupili aktywo, którego nie da się sprzedać w złym momencie. Płynność jest darmowa dopóki jej nie potrzebujesz.

Do tego dochodzi kwestia, o której trzeba mówić wprost: niski free float to naturalne środowisko manipulacji. Kilku graczy z odpowiednim kapitałem potrafi kontrolować kurs małej spółki przez tygodnie. Cała mechanika pumpów na rynku małych spółek opiera się dokładnie na tej właściwości. Historia GameStopu z 2021 roku to ten sam mechanizm w skali makro — mały efektywny free float zderzony z ogromną krótką pozycją.

Free float w krypto, czyli circulating supply

W kryptowalutach dokładnym odpowiednikiem free float jest podaż w obiegu (circulating supply), a odpowiednikiem kapitalizacji free float — kapitalizacja rynkowa. Naprzeciwko stoi FDV, czyli wycena przy pełnej rozwodnionej podaży.

I tutaj zjawisko przybiera formę patologiczną, o której musisz wiedzieć, jeśli kupujesz nowe tokeny.

Standardem stało się listowanie projektów z 10–15% podaży w obiegu. Reszta jest zablokowana dla zespołu, funduszy i „ekosystemu”, z harmonogramem odblokowań rozłożonym na dwa, trzy lata. Efekt: mikroskopijna podaż spotyka się z hype’em, cena leci w kosmos, FDV wynosi 8 miliardów dolarów przy kapitalizacji 800 milionów.

A potem przychodzą odblokowania. Co miesiąc na rynek trafia kolejna transza tokenów kupionych przez fundusze po cenie dziesięć razy niższej od rynkowej. Nie ma takiego popytu, który to udźwignie. Ten mechanizm zniszczył większość projektów z lat 2024–2025 i będzie działał dalej, bo jest wygodny dla wszystkich oprócz Ciebie.

Zasada praktyczna: zanim kupisz token, sprawdź stosunek kapitalizacji do FDV i harmonogram odblokowań. Jeśli w obiegu jest 12% podaży, a w ciągu roku wejdzie kolejne 30%, to kupujesz aktywo z zaplanowaną z góry podażą, która będzie Cię przygniatać co miesiąc. Wykres może wyglądać pięknie. Tokenomika mówi coś innego.

Wymogi giełdowe i ryzyko wyjścia z parkietu

GPW wymaga przy dopuszczeniu do obrotu odpowiedniego rozproszenia akcjonariatu — akcje muszą być w rękach wielu drobnych akcjonariuszy, żeby zapewnić minimalną płynność. To zabezpieczenie na wejściu.

Znacznie ważniejsze jest to, co dzieje się później. Kiedy akcjonariusz przekroczy 95% ogólnej liczby głosów, może przeprowadzić przymusowy wykup pozostałych akcji. Nie masz wtedy wyboru — sprzedajesz po cenie ustalonej w procedurze, nawet jeśli uważasz ją za rażąco zaniżoną.

To realne ryzyko przy spółkach, w których free float konsekwentnie się kurczy. Główny akcjonariusz skupuje po cichu, kurs stoi, płynność wysycha, a potem przychodzi wezwanie po cenie „zgodnej z przepisami”, ale znacznie poniżej Twojej oceny wartości. Kurczący się free float to sygnał ostrzegawczy, a nie ciekawostka.

Jak sprawdzić free float konkretnej spółki

Raport roczny, sekcja o strukturze akcjonariatu. Tam znajdziesz listę akcjonariuszy powyżej 5% z liczbą akcji i udziałem w głosach. Odejmij ich od całości i masz przybliżenie.

Komunikaty ESPI o przekroczeniu progów. W Polsce akcjonariusz ma obowiązek raportować przekroczenie progów 5%, 10%, 15%, 20%, 25%, 33%, 50%, 75% i 90%. Śledzenie tych komunikatów to najtańszy sposób, żeby wiedzieć, kto się dosypuje, a kto wychodzi.

Serwisy typu Stooq czy Biznesradar podają free float i kapitalizację free float gotowe. Wygodne, ale sprawdzaj datę aktualizacji — struktura akcjonariatu potrafi się zmienić z sesji na sesję.

Średni dzienny obrót z 30 sesji. Dla mnie osobiście ważniejszy niż samo procentowe free float. Free float mówi, ile akcji teoretycznie może być w obrocie. Obrót mówi, ile faktycznie jest.

Co zapamiętać

Free float to nie jest ciekawostka do rubryki „dane spółki”. To parametr, który określa, czy Twoja strategia wyjścia w ogóle istnieje.

Zanim otworzysz pozycję, zadaj sobie jedno pytanie: czy będę w stanie sprzedać ten pakiet w dniu, w którym wszyscy będą chcieli sprzedawać? Jeśli odpowiedź brzmi „nie wiem”, to pozycja jest za duża. Nie dlatego, że teza jest zła — dlatego, że rynek nie ma po drugiej stronie nikogo, kto by ją od Ciebie odkupił.

Kapitalizacja mówi, ile spółka jest warta. Free float mówi, ile z tego jest Twoje do kupienia i sprzedania. Te dwie liczby to nie to samo i różnica między nimi bywa dziesięciokrotna.