tradingview

W co inwestować? Uczciwa odpowiedź, której nie znajdziesz w reklamach

⏱️ Czas czytania: 12 min

Co drugi tydzień ktoś pisze do mnie na mailu albo w komentarzu dokładnie to samo pytanie: „Prezes, w co teraz inwestować?”. I za każdym razem czuję lekki dreszcz, bo to pytanie jest źle postawione. Nie dlatego, że jesteś głupi – tylko dlatego, że cała branża finansowa przez lata uczyła Cię zadawać złe pytania. Reklamy, „eksperci” z Instagrama, kolega z pracy, który „zarobił na krypto” – wszyscy sprzedają Ci gotową odpowiedź, zamiast nauczyć Cię myśleć.

Więc zanim podam Ci konkretne opcje – a podam, bez owijania w bawełnę – musisz zrozumieć jedną rzecz: nie ma jednej dobrej odpowiedzi na „w co inwestować”. Jest dobra odpowiedź na „w co inwestować, mając Twoją sytuację, Twój horyzont czasowy i Twoją tolerancję na to, że wykres czasem leci na łeb na szyję”. To są dwa różne pytania i mylenie ich to najczęstszy powód, dla którego ludzie tracą pieniądze.

Zanim zapytasz „w co”, zapytaj „po co”

Wyobraź sobie, że przychodzisz do lekarza i mówisz „jakie tabletki mam brać?”. Lekarz normalny zapyta Cię najpierw, co Ci dolega. Finanse działają dokładnie tak samo, tylko że internet jest pełen ludzi, którzy od razu wypisują Ci receptę, nie wiedząc nic o Twojej sytuacji.

Zanim zaczniesz szukać „najlepszej inwestycji”, odpowiedz sobie szczerze na trzy pytania:

Na jak długo możesz zamrozić te pieniądze? Jeśli za rok kupujesz mieszkanie i to są pieniądze na wkład własny, to żadna sensowna odpowiedź nie będzie brzmiała „akcje spółek wzrostowych” ani tym bardziej „krypto”. Krótki horyzont = bezpieczne, płynne instrumenty. Kropka.

Co się stanie z Twoją głową, jak portfel spadnie o 30%? To nie jest pytanie retoryczne. Jeśli wiesz, że przy takim spadku sprzedasz wszystko w panice na dołku – a większość ludzi to zrobi, niezależnie od tego, co teraz sobie wmawiają – to musisz dobrać taką strategię, żeby do takiego spadku w ogóle nie doszło albo żeby był on dla Ciebie do przełknięcia. Realna tolerancja ryzyka, nie ta deklarowana w ankiecie u doradcy.

Czy masz w ogóle poduszkę bezpieczeństwa? Jeśli nie masz odłożonych 3-6 miesięcy wydatków na koncie oszczędnościowym, to szczerze mówiąc – rozmowa o „w co inwestować” jest przedwczesna. Pisałem już o tym w artykule o funduszu awaryjnym. Najpierw zbuduj sobie bufor, żeby jedna awaria samochodu albo utrata pracy nie zmusiła Cię do sprzedawania inwestycji w najgorszym możliwym momencie.

Dopiero po odpowiedzi na te trzy pytania warto iść dalej. Bo teraz przejdziemy przez konkretne klasy aktywów i powiem Ci szczerze, co o każdej z nich myślę.

Fundusze indeksowe i ETF-y – nudne, ale to właśnie ich siła

Zacznę od czegoś, co brzmi nieefektownie, ale statystycznie bije większość „sprytnych” strategii: szerokie fundusze indeksowe.

Chodzi o to, że zamiast próbować zgadnąć, która spółka wystrzeli, kupujesz kawałek całego rynku naraz – setki albo tysiące firm w jednym instrumencie. Coś w stylu ETF-u na indeks S&P 500 czy MSCI World. Nie musisz mieć racji co do konkretnej firmy, wystarczy, że gospodarka jako całość rośnie w długim terminie – a historycznie tak właśnie było, mimo licznych kryzysów po drodze.

Dlaczego to działa lepiej niż większość aktywnego inwestowania? Bo większość funduszy aktywnych – zarządzanych przez ludzi, którzy robią to zawodowo, mających zespoły analityków i dostęp do danych, jakiego Ty nigdy nie będziesz mieć – w długim terminie nie pobija swojego benchmarku. Skoro profesjonaliści z tym nie radzą sobie systematycznie, to jaka jest szansa, że Ty, ogarniający rynek po godzinach, będziesz wyjątkiem?

Minus jest jeden, za to spory z punktu widzenia psychologii: to jest nudne. Nie ma tu adrenaliny, nie masz się czym pochwalić na grupie na Facebooku. Kupujesz, dokładasz regularnie, i czekasz dekady. Dla wielu ludzi to właśnie ta nuda jest najtrudniejszą częścią inwestowania – wolą coś, co daje poczucie kontroli i akcji, nawet jeśli statystycznie im szkodzi.

Obligacje – fundament, o którym większość zapomina

Obligacje, zwłaszcza skarbowe, to instrument, który młodzi inwestorzy olewają, bo „za mało zarabia”. I mają trochę racji – w długim terminie akcje historycznie dawały wyższą stopę zwrotu. Ale obligacje pełnią inną funkcję niż akcje: stabilizują portfel i dają Ci coś do sprzedania, kiedy akcje lecą w dół, zamiast zmuszać Cię do zamykania pozycji akcyjnych na dołku.

W Polsce mamy dostęp do detalicznych obligacji skarbowych, w tym indeksowanych inflacją, co jest sensowną opcją na część „bezpieczną” portfela albo na wspomnianą wcześniej poduszkę bezpieczeństwa – jeśli chcesz, żeby pracowała trochę mocniej niż leżąc na koncie oszczędnościowym, ale bez ryzyka rynku akcji.

Tu jednak ważne zastrzeżenie, o którym wielu ludzi zapomina: obligacje skarbowe to nie jest jednolity produkt. Mamy obligacje detaliczne nienotowane na rynku – te kupowane bezpośrednio w PKO BP czy Banku Pekao SA, o stałym lub zmiennym oprocentowaniu – które w praktyce nie tracą na wartości nominalnej, bo nie ma dla nich rynku wtórnego z wahającą się ceną; ryzyko przy nich sprowadza się głównie do ewentualnej „straty” na wcześniejszym wykupie (opłata za wcześniejszy wykup, ale i tak nie sprzedaż ich taniej niż kupiłeś) albo do ryzyka inflacyjnego. I mamy osobno obligacje notowane na rynku wtórnym, np. na Catalyst czy skarbowe obligacje hurtowe dostępne przez konto maklersie – tych cena zmienia się jak cena każdego innego papieru dłużnego, co oznacza, że owszem, można na nich stracić, jeśli sprzedajesz przed terminem wykupu w niekorzystnym momencie, na przykład gdy rosną stopy procentowe i ceny wyemitowanych wcześniej obligacji spadają. Do tego płynność na polskim rynku wtórnym obligacji skarbowych jest słaba – spready bywają szerokie, a w razie potrzeby szybkiej sprzedaży większego pakietu możesz nie dostać ceny, jakiej się spodziewałeś. Jeśli więc traktujesz obligacje jako bezpieczną, „pewną” część portfela, upewnij się, które dokładnie kupujesz i czy rozumiesz, na czym polega ich płynność.

Zasada, która się sprawdza od dekad: im bliżej celu, na który oszczędzasz, tym większy udział powinny mieć w portfelu obligacje i inne bezpieczne instrumenty, a mniejszy akcje. To nie jest odkrywcze, ale działa.

Osobno warto wspomnieć o obligacjach korporacyjnych, bo ludzie często wrzucają je do jednego worka z obligacjami skarbowymi, a to zupełnie inna liga ryzyka. Kupujesz tu dług firmy, nie państwa, więc płacisz za wyższe oprocentowanie wyższym ryzykiem niewypłacalności emitenta – jeśli spółka zbankrutuje, możesz nie odzyskać całości albo w ogóle nic. Do tego dochodzi ta sama słaba płynność na rynku wtórnym co przy obligacjach skarbowych notowanych, często jeszcze gorsza przy mniejszych emisjach. Jeśli rozważasz obligacje korporacyjne, sprawdzaj rating i kondycję finansową emitenta tak samo dokładnie, jak przy zakupie akcji tej spółki – wysoki kupon bez zrozumienia, skąd się bierze, to często sygnał, że rynek wycenia realne ryzyko bankructwa, a nie prezent dla inwestora.

Nieruchomości – nie tylko mieszkanie na wynajem

Jak mówisz „nieruchomości”, ludzie od razu myślą o kupnie mieszkania pod wynajem. To jedna opcja, ale ma sporo wad, o których rzadko się mówi wprost: niska płynność (nie sprzedasz mieszkania w 5 minut, jak akcji), spory kapitał wejścia, ryzyko nieuczciwego najemcy, koszty remontów, podatki, czas na zarządzanie tym wszystkim. To w praktyce prowadzenie małego biznesu, nie pasywna inwestycja, mimo że tak bywa sprzedawana.

Jest alternatywa: REIT-y, czyli spółki notowane na giełdzie, które inwestują w nieruchomości komercyjne i wypłacają większość zysków w formie dywidendy. Kupujesz to jak akcję, masz płynność, dywersyfikację na wiele obiektów naraz i nie musisz odbierać telefonu o 24 w nocy, bo zalało łazienkę. W Polsce rynek REIT-ów wciąż raczkuje, ale masz dostęp do zagranicznych przez maklerskie konta.

Nieruchomość fizyczna ma sens, jeśli lubisz ten biznes i masz na to czas albo zaufaną ekipę do zarządzania. Jeśli szukasz czystej ekspozycji na rynek nieruchomości bez tego całego bałaganu – REIT jest prostszy.

Złoto – ubezpieczenie, nie silnik wzrostu

Złoto to temat, przy którym ludzie się dzielą na dwa obozy: jedni traktują je jak świętego Graala, drudzy jak relikt przeszłości. Prawda jak zwykle jest pośrodku.

Złoto nie generuje przepływów pieniężnych – nie płaci dywidendy, nie ma zysków kwartalnych. Jego wartość to w dużej mierze psychologia i historia jako „bezpiecznej przystani” w czasach kryzysu, niepewności geopolitycznej czy wysokiej inflacji. W długim terminie realna stopa zwrotu ze złota jest niższa niż z akcji. Historyczne stopy zwrotu ze złota, ale też z indeksu SP500 czy kryptowalut możesz samodzielnieć sprawdzić w kalkulatorze HODL i DCA.

Ale jako niewielki procent portfela – często mówi się o 5-10% – pełni rolę ubezpieczenia, które słabo koreluje z akcjami i obligacjami. Kiedy na rynkach panuje strach, złoto często zachowuje się inaczej niż reszta portfela. Traktuj je jak polisę, nie jak główną strategię budowania majątku.

Kryptowaluty – rynek na którym jestem od 2011 roku, i tu, gdzie muszę Cię ostudzić

Skoro prowadzę bloga o kryptowalutach i sam jestem na rynku od czasów gdzie Bitcoin był jedyną kryptowalutą i kosztował kilka dolarów, to pewnie się spodziewasz, że będę Cię teraz namawiał na bitcoina całym portfelem. Nie będę. I to jest chyba najbardziej wiarygodna rzecz, jaką mogę Ci powiedzieć w tym artykule.

Kryptowaluty to najbardziej zmienna klasa aktywów, o jakiej tu mówimy. Spadki rzędu 70-80% od szczytu zdarzały się w historii bitcoina wielokrotnie i mogą się zdarzyć znowu. Jeśli włożysz tu pieniądze, których strata realnie zaboli Twoje życie – czynsz, jedzenie, przyszłość dzieci – to popełniasz błąd, niezależnie od tego, jak bardzo wierzysz w technologię blockchain.

To, co mnie w krypto trzyma od tylu lat, to asymetria: dobrze przemyślana, niewielka alokacja może dać ekspozycję na technologię, która realnie zmienia sposób, w jaki przesyłamy wartość, bez ryzykowania całości kapitału. Mówimy tu raczej o kilku, może kilkunastu procentach portfela dla kogoś, kto rozumie ten rynek i akceptuje jego zmienność – nie o „all in” na dowolnym altcoinie, o którym ktoś napisał na grupie, że „zaraz wystrzeli x100”.

Jeśli wchodzisz w ten rynek, zacznij od aktywów o największej kapitalizacji i najdłuższej historii, edukuj się, zanim zaczniesz handlować, i pamiętaj o podstawach bezpieczeństwa – przechowywanie kluczy prywatnych to nie jest szczegół techniczny, tylko fundament tego, czy w ogóle będziesz mieć co inwestować.

Gotówka, lokaty  i konta oszczędnościowe – nie, to nie jest „przegrana opcja”

Ostatnia rzecz, o której ludzie zapominają w gorączce szukania najlepszej inwestycji: trzymanie części kapitału w gotówce albo na koncie oszczędnościowym to nie jest błąd, to jest strategia. Zwłaszcza gdy stopy procentowe są na sensownym poziomie, a Ty masz krótki horyzont czasowy albo po prostu chcesz mieć suchy proch na okazje, które pojawiają się w czasie bessy.

Owszem, inflacja zjada realną wartość gotówki w długim terminie – to fakt. Ale panika, żeby „wszystko było zainwestowane cały czas”, prowadzi ludzi do wchodzenia w ryzykowne aktywa pieniędzmi, które w ogóle nie powinny tam trafić.

Jak to wszystko złożyć w całość

Nie ma jednego magicznego procentowego podziału, który pasuje każdemu – to zależy od wieku, celów, tolerancji ryzyka i wiedzy, jaką masz o danym rynku. Ale jest kilka zasad, które sprawdzają się niezależnie od tego, kim jesteś:

Dywersyfikuj między klasami aktywów, nie tylko między spółkami. Portfel złożony z dziesięciu różnych spółek technologicznych to wciąż nie jest zdywersyfikowany portfel – to jeden zakład na jeden sektor.

Regularność bije timing. Systematyczne, comiesięczne inwestowanie stałej kwoty – niezależnie od tego, czy rynek akurat rośnie czy spada – historycznie działa lepiej niż próby „złapania dołka”, które w praktyce prawie nikomu się nie udają konsekwentnie.

Nie inwestuj w coś, czego nie rozumiesz. Jeśli nie potrafisz w dwóch zdaniach wytłumaczyć, dlaczego dany instrument ma zarabiać, to nie inwestujesz – spekulujesz na ślepo, licząc na szczęście.

I ostatnia rzecz, najważniejsza: czas w rynku, a nie timing rynku, buduje realny majątek. Ludzie, którzy najwięcej tracą, to nie ci, którzy wybrali „gorszy” fundusz indeksowy – to ci, którzy w panice wychodzili z rynku na dołkach i wchodzili z powrotem na górkach, płacąc podwójną cenę za własne emocje. Możesz zresztą sam to sprawdzić jak czas działa na Twoją korzyść korzystając z kalkulatora procentu składanego.

Więc kiedy następnym razem ktoś zapyta Cię „w co inwestować”, odpowiedz mu pytaniem: „A na jak długo i po co?”. To jest pierwszy krok do tego, żeby przestać szukać cudzych odpowiedzi i zacząć budować własną strategię.

Jeśli już ogarniasz fundament i zastanawiasz się, jak w praktyce połączyć nudny rdzeń portfela z miejscem na bardziej odważne zakłady – na pojedyncze spółki, sektory czy krypto – to naturalnym kolejnym krokiem jest przeczytanie artykułu o strategii Core-Satellite. Rozkładam tam dokładnie, jak podzielić portfel na stabilny rdzeń i satelity, dla kogo taki podział ma sens, a dla kogo to niepotrzebne komplikowanie sobie życia.


Ten artykuł ma charakter edukacyjny i nie stanowi rekomendacji inwestycyjnej ani porady finansowej. Każda decyzja inwestycyjna wiąże się z ryzykiem, w tym ryzykiem utraty części lub całości zainwestowanego kapitału. Przed podjęciem decyzji przeanalizuj swoją sytuację finansową albo skonsultuj się z licencjonowanym doradcą.

Dodaj komentarz