InPay S.A. to jedna z najważniejszych firm w historii polskiego rynku kryptowalut. Powstała około 2014 roku, współtworzona przez Lecha Wilczyńskiego, i zbudowała pierwszy polski terminal płatności bitcoinem dla placówek handlowych – bywała nazywana polskim odpowiednikiem amerykańskiego BitPaya.
Dziś InPay S.A. to software house budujący rozwiązania informatyczne dla firm z branży kryptowalut. Nie jest już marką konsumencką.
Ta jedna zmiana profilu – od produktu dla ludzi do infrastruktury dla firm – jest w tym haśle najważniejsza. Przeszła ją nie tylko ta firma, ale praktycznie cała polska branża kryptowalutowa.
Co robił InPay
Pomysł był prosty i rozwiązywał realny problem.
Przedsiębiorca chciałby przyjmować płatności w bitcoinie, ale nie chce ponosić ryzyka kursowego. InPay zamrażał kurs w momencie transakcji: klient płacił bitcoinem, a sprzedawca otrzymywał złotówki po kursie z chwili zakupu. Zmienność przestawała być jego problemem.
Do tego doszła usługa pozwalająca opłacać rachunki i robić zakupy w polskim internecie za bitcoiny – nawet w sklepach, które kryptowalut nie akceptowały.
Firma była największym polskim procesorem płatności w tej branży i mogła pochwalić się współpracą z rozpoznawalnymi markami, w tym operatorami telekomunikacyjnymi i dużymi serwisami internetowymi.
Światowy precedens: akcje za bitcoiny
Epizod, który zasługuje na osobne miejsce, bo był pierwszy na świecie.
W 2015 roku InPay S.A. jako pierwsza spółka na świecie sprzedała swoje imienne akcje za bitcoiny. Emisja odbyła się przez polską platformę finansowania społecznościowego, którą sama firma obsługiwała technicznie.
Rezultat: inwestorzy z 34 krajów, kampania zakończona tydzień przed czasem, bez wydania złotówki na płatną reklamę.
Warto docenić, co to znaczyło w 2015 roku. Prawdziwe akcje prawdziwej spółki, kupowane za kryptowalutę – w czasie, gdy większość świata finansów traktowała bitcoina jako ciekawostkę dla informatyków. To była polska firma robiąca coś, czego nie zrobił nikt wcześniej.
Dlaczego płatności bitcoinem nie wypaliły
I tu dochodzimy do najcenniejszej części tego hasła – bo mamy wyjaśnienie od kogoś, kto próbował.
Wizja z lat 2014–2017 była jasna: bitcoin miał być pieniądzem, którym płaci się w sklepie. InPay budował do tego infrastrukturę. Nie udało się – i powody, które podawał współzałożyciel firmy, są znacznie ciekawsze niż standardowe argumenty o zmienności kursu czy opłatach sieciowych.
Powód pierwszy: rotacja pracowników.
Punkt handlowy wdrażał akceptację płatności bitcoinem. Mijał miesiąc, obsługa rotowała się całkowicie – a nowi pracownicy po prostu nie wiedzieli, jak taką płatność przyjąć. Transakcji było zbyt mało, żeby ktokolwiek zapamiętał procedurę.
Powód drugi: brak infrastruktury po stronie handlowca. Mimo że każdy miał smartfona, w sklepach urządzeń do obsługi takich płatności nie było.
Powód trzeci: koszt. Firma wprost przyznawała, że angażowanie się w punkty stacjonarne jest „drogą pod górę”, bardzo kosztowną, zwłaszcza dla startupu – i ostatecznie z tego zrezygnowała.
Zwróć uwagę, czego nie ma na tej liście. Nie ma technologii. Nie ma regulacji. Nie ma nawet zmienności kursu, którą przecież sam produkt rozwiązywał.
Płatności bitcoinem nie zabił problem techniczny. Zabiło je to, że nikt ich nie używał – więc kasjerzy zapominali procedurę, właściciele nie widzieli sensu inwestycji, a firma obsługująca ten proces nie miała z czego się utrzymać.
To jest lekcja o wiele szersza niż kryptowaluty: produkt rozwiązujący realny problem techniczny nie wygrywa, jeśli nie ma wystarczającej liczby transakcji, żeby ludzie nauczyli się go używać. Efekt sieciowy działa w obie strony.
Zwrot: od konsumenta do infrastruktury
Dalsza droga firmy i jej współzałożyciela układa się w bardzo czytelny wzorzec.
Kantor dla ludzi. InPay w wersji konsumenckiej był przez lata wspominany na polskich forach jako najprostszy sposób kupienia kryptowalut: przelew z konta i bitcoiny na portfelu, bez rejestracji i formalności. Wprowadzenie obowiązkowej weryfikacji tożsamości przy każdej transakcji zlikwidowało tę przewagę, a serwis przekształcił się w Swap.ly, prowadzony przez spółkę estońską.
Oprogramowanie dla zgodności z przepisami. Wśród projektów współtworzonych przez Wilczyńskiego jest system wspomagający procesy przeciwdziałania praniu pieniędzy w instytucjach obowiązanych.
Software house. Dziś InPay S.A. buduje rozwiązania informatyczne dla firm z branży kryptowalut.
Zatrzymajmy się na tym przez chwilę, bo układ jest wymowny. Regulacja, która odebrała rację bytu prostemu produktowi konsumenckiemu, stworzyła jednocześnie rynek na oprogramowanie do jej obsługi.
Nie jest to zarzut wobec kogokolwiek – to naturalna reakcja na zmianę warunków rynkowych i akurat bardzo rozsądna. Jest to natomiast doskonała ilustracja tego, gdzie w tej branży przesunęła się wartość.
Cała branża przeszła tę samą drogę
Wzorzec powtarza się w każdym polskim haśle tego słownika.
Kiedyś: dziesiątki marek konsumenckich, konkurujących o użytkownika prostotą, ceną i wygodą.
Dziś: garstka podmiotów z licencjami oraz firmy dostarczające im infrastrukturę, oprogramowanie zgodnościowe i kanały dotarcia.
Ta sama zmiana widoczna jest w modelu opisywanym przy RGLTD – gdzie licencjonowany podmiot dostarcza gotową infrastrukturę partnerom, sam pozostając niewidocznym dla klienta końcowego.
Wniosek dla obserwatora rynku: wartość przeniosła się z produktu na infrastrukturę i zgodność z przepisami. Marki konsumenckie zostały warstwą wizualną nad cudzą licencją, a realny biznes przesunął się o poziom niżej.
Cztery wnioski
1. Pionierstwo nie gwarantuje przetrwania modelu. Pierwszy polski terminal płatności bitcoinem i pierwsza na świecie emisja akcji za kryptowaluty – a kierunek płatniczy i tak się nie utrzymał.
2. Produkty umierają od braku użycia, nie od wad technicznych. Historia rotujących kasjerów wyjaśnia porażkę płatności bitcoinem lepiej niż jakikolwiek argument o skalowalności sieci.
3. Regulacja przenosi wartość, a nie tylko ją niszczy. To, co odebrało rację bytu jednym produktom, stworzyło rynek na inne.
4. Umiejętność zwrotu jest w tej branży ważniejsza od racji. Firma, która trwałaby przy pierwotnej wizji, prawdopodobnie by nie istniała.
Cztery mity
Mit 1: „InPay upadł.” Zmienił profil. Działa dziś jako dostawca oprogramowania dla branży kryptowalutowej.
Mit 2: „Płatności bitcoinem nie wypaliły przez zmienność kursu.” Akurat ten problem był rozwiązany technicznie – kurs zamrażano w momencie transakcji. Zawiodła skala użycia.
Mit 3: „Akcje za bitcoiny to był chwyt marketingowy.” Były to prawdziwe imienne akcje spółki, kupione przez inwestorów z 34 krajów, w pierwszej takiej emisji na świecie.
Mit 4: „Polska branża kryptowalutowa zniknęła.” Przeniosła się – geograficznie do innych jurysdykcji i modelowo z produktu konsumenckiego na infrastrukturę.
Co zapamiętać
InPay S.A. to pierwszy polski procesor płatności bitcoinem, działający dziś jako dostawca oprogramowania dla branży kryptowalutowej.
Trzy rzeczy ponad resztą:
Była to pierwsza spółka na świecie, której akcje sprzedano za bitcoiny – w 2015 roku, z inwestorami z 34 krajów.
Płatności bitcoinem nie zabiła technologia, tylko brak użycia. Kasjerzy rotowali się szybciej, niż zdążyli zapamiętać procedurę przyjęcia takiej płatności.
Wartość w tej branży przesunęła się z produktu na infrastrukturę. Drogę od marki konsumenckiej do dostawcy technologii przeszła nie tylko ta firma, ale cały polski rynek.


