Bitmarket to polska giełda kryptowalut, która w lipcu 2019 roku zamknęła serwis, informując o utracie płynności finansowej. Wraz z nią zniknęły depozyty klientów.
Skala według relacji medialnych i pełnomocników poszkodowanych: około 100 mln zł i ponad 700 osób. Zgodnie ze stanem wiedzy prawników reprezentujących byłych klientów, do dziś nikt nie otrzymał żadnych pieniędzy.
To hasło jest ważne z jednego powodu, który odróżnia je od pozostałych opisywanych w tym słowniku upadków: tutaj wiemy, jak długo ukrywano dziurę – i wiemy to od jednego z byłych zarządzających.
Co powiedział były zarządzający
Po upadku jeden ze współwłaścicieli opublikował oświadczenie, w którym przedstawił siebie jako osobę opuszczoną przez wspólników. Przy okazji ujawnił dwie informacje, które okazały się najcenniejsze w całej sprawie.
Po pierwsze: gdy w 2015 roku przejmował giełdę wraz ze wspólnikiem, z jej portfeli skradziono już wcześniej ponad 600 BTC.
Po drugie: w 2017 roku giełda była na minusie o ponad 2300 BTC.
Przeczytaj to jeszcze raz i zestaw z datą zamknięcia.
Giełda działała normalnie przez co najmniej dwa lata z dziurą przekraczającą dwa tysiące bitcoinów. Przyjmowała wpłaty, realizowała wypłaty, wyświetlała klientom salda, które nie miały pokrycia.
Sytuacja pogarszała się wraz ze wzrostem kursu – bo im droższy bitcoin, tym większa w złotówkach wyrwa, którą trzeba było zasypać.
To jest definicja mechanizmu, w którym wypłaty starych klientów finansowane są wpłatami nowych. Działa dopóty, dopóki napływ przewyższa odpływ.
Chronologia
2015. Zmiana właścicielska. Według późniejszego oświadczenia w portfelach brakuje już ponad 600 BTC.
2017. Niedobór sięga ponad 2300 BTC. Giełda działa dalej.
Lipiec 2019. Serwis zostaje zamknięty. Komunikat mówi o utracie płynności finansowej i o tym, że serwis „został zmuszony zakończyć działalność”.
Wkrótce po zamknięciu jeden ze współwłaścicieli zostaje znaleziony martwy. Sprawa była przedmiotem odrębnego postępowania.
Kolejne lata. Postępowanie karne toczy się, poszkodowani nie odzyskują środków.
Dlaczego to trwało tak długo
Odpowiedź jest strukturalna i identyczna jak przy pozostałych polskich upadkach opisywanych w tym słowniku.
Nie było obowiązku udowodnienia, że aktywa istnieją. Nikt – ani nadzorca, ani niezależny audytor, ani depozytariusz – nie weryfikował, czy salda wyświetlane klientom mają pokrycie w rzeczywistych zasobach.
Nie było segregacji aktywów. Środki klientów nie były prawnie oddzielone od majątku operatora.
Nie było wymogów kapitałowych ani nadzoru. Działalność giełd kryptowalut w Polsce nie była wówczas regulowana.
W takim otoczeniu dziura nie musi zostać ujawniona, dopóki wystarcza płynności na bieżące wypłaty. Klient nie ma żadnego sposobu, żeby sprawdzić, czy jego saldo to zapis w bazie danych, czy realne aktywo.
To jest dokładnie ten punkt, w którym publiczne dowody rezerw – dziś standard rynkowy, choć niedoskonały – robią realną różnicę.
Wzorzec, który się powtarza
Zestawmy trzy polskie upadki, bo układają się w niepokojąco spójny obraz.
| Bitcurex | Bitmarket | Zondacrypto | |
|---|---|---|---|
| Rok | 2016 | 2019 | 2026 |
| Oficjalny powód | ingerencja osób trzecich | utrata płynności | problemy techniczne |
| Faktyczny problem | brak środków | dziura od lat | brak środków |
| Skala | ponad 5,7 mln zł | około 100 mln zł | co najmniej 350 mln zł |
| Odzysk klientów | brak | brak | postępowanie w toku |
Trzy różne dekady tej samej historii. Za każdym razem komunikat opisywał przejściową trudność. Za każdym razem problemem był brak aktywów, narastający przez lata.
I za każdym razem – co warto podkreślić – klienci nie zrobili niczego nierozsądnego. Korzystali z platform działających od lat, opisywanych w mediach, uznawanych za część krajobrazu rynku.
Pięć wniosków
1. Dziura nie powstaje w dniu upadku. Powstaje lata wcześniej i jest niewidoczna, dopóki wystarcza płynności.
2. Wzrost kursu pogarsza sytuację niewypłacalnej giełdy. Im droższe aktywo, tym większa wyrwa. Dlatego takie platformy pękają często w hossie, a nie w bessie.
3. Komunikat o problemach technicznych przy wstrzymanych wypłatach to sygnał alarmowy. Nie ma przypadku, w którym okazałby się prawdziwy.
4. Postępowanie karne nie zwraca pieniędzy. Po siedmiu latach od upadku poszkodowani nie odzyskali nic.
5. Brak weryfikacji to nie jest szczegół, tylko istota problemu. Wszystkie pozostałe zabezpieczenia są wtórne wobec pytania, czy ktokolwiek niezależny potwierdza, że aktywa istnieją.
Cztery mity
Mit 1: „Utrata płynności to coś innego niż brak środków.” W praktyce jest to sformułowanie opisujące niewypłacalność w sposób łagodniejszy, niż wygląda rzeczywistość.
Mit 2: „Giełda działała latami, więc była bezpieczna.” Działała latami właśnie dzięki temu, że napływ nowych środków pokrywał wypłaty. Długi staż był w tym przypadku funkcją mechanizmu, a nie dowodem kondycji.
Mit 3: „To sprawa zamknięta i historyczna.” Poszkodowani nadal nie odzyskali środków, a wzorzec powtórzył się w Polsce w 2026 roku na wielokrotnie większą skalę.
Mit 4: „Dziś jest inaczej, bo są regulacje.” Unijne przepisy wymagają dziś segregacji aktywów i licencji. Polska wciąż nie ma jednak własnej ustawy wykonawczej, a większość światowego obrotu odbywa się poza jurysdykcjami z takimi wymogami.
Co zapamiętać
Bitmarket to polska giełda kryptowalut, która w lipcu 2019 roku zamknęła serwis, informując o utracie płynności. Straty szacowane są na około 100 mln zł, a poszkodowanych jest ponad 700 osób.
Trzy rzeczy ponad resztą:
Dziura istniała co najmniej od 2017 roku – według oświadczenia byłego zarządzającego giełda była wtedy na minusie o ponad 2300 BTC i działała dalej.
Klienci nie mieli żadnego sposobu, żeby to sprawdzić. Nie istniał obowiązek udowodnienia, że aktywa mają pokrycie.
Po siedmiu latach nikt nie odzyskał pieniędzy. Postępowanie karne nie jest mechanizmem zwrotu środków.


