tradingview

Kim jest mityczne smart money?

⏱️ Czas czytania: 5 min

Wszyscy o nich słyszeli. Niewiele osób ich widziało. A jeszcze mniej naprawdę rozumie, jak działają.

Smart money. Inteligentny kapitał. Te dwa słowa wypowiedziane na giełdowej sali potrafią wzbudzić respekt, podziw, a czasem też irytację. Bo skoro istnieje smart money, to znaczy, że jest też… dumb money. I nikt nie chce być po tej drugiej stronie.

Legendy i rzeczywistość

W wyobraźni przeciętnego inwestora smart money to grupa tajemniczych postaci w garniturach, siedzących w ciemnych gabinetach na Manhattanie, poruszających rynkami jednym telefonem. Mają dostęp do informacji, których my nie mamy. Wiedzą coś, czego my nie wiemy. Kupują na dołkach i sprzedają na szczytach z chirurgiczną precyzją.

To piękna historia. Problem w tym, że jest równie prawdziwa jak większość pięknych historii o rynkach finansowych.

Smart money nie jest jednolitą grupą. To nie jest jakaś sekretna organizacja z legitymacjami członkowskimi. To zbiorczy termin na instytucje i osoby, które teoretycznie powinny wiedzieć więcej i działać lepiej niż przeciętny Kowalski z aplikacją brokerską na telefonie.

Kto należy do klubu?

Fundusze hedgingowe. Private equity. Venture capital. Insiderzy korporacyjni. Wielcy inwestorzy instytucjonalni. Market makerzy. Profesjonalni traderzy z dużym kapitałem. To oni mają nosić szyldzik „smart money”.

Dlaczego? Bo mają więcej:

  • Kapitału do dyspozycji
  • Czasu na analizę
  • Dostępu do research’u
  • Doświadczenia na rynkach
  • Zaawansowanych narzędzi analitycznych

Brzmi przekonująco, prawda? Problem zaczyna się, gdy spojrzymy na wyniki.

Nieczysta prawda o inteligentnym kapitale

Oto niewygodny fakt: większość funduszy hedgingowych przegrywa z indeksem S&P 500. Nie w złych latach. Nie czasami. Systematycznie, rok po roku.

Insiderzy korporacyjni? Owszem, mają przewagę informacyjną. Ale nawet oni regularnie kupują akcje tuż przed krachem swojej firmy i sprzedają tuż przed rally. Ich track record jest lepszy od przypadku, ale wcale nie tak spektakularnie, jak by się wydawało.

Venture capitaliści? Na każdy sukces typu Google czy Facebook przypada dziesięć inwestycji, które idą na marne. A często te największe sukcesy są efektem szczęścia co najmniej w takim stopniu jak umiejętności.

Smart money popełnia błędy. Mnoży błędy. Czasem popełnia spektakularne, gigantyczne błędy, które kosztują miliardy.

To może to tylko marketing?

W dużej mierze tak. „Smart money” to przede wszystkim narracja. Opowieść, która ma usprawiedliwiać wysokie opłaty za zarządzanie i przekonać inwestorów, że warto płacić 2% rocznie plus 20% od zysków.

To nie znaczy, że nie ma dobrych, kompetentnych graczy instytucjonalnych. Są. Ale najlepsi z nich zazwyczaj nie nazywają sami siebie smart money. Po prostu robią swoją robotę, spokojnie, metodycznie, bez fanfar.

Prawdziwa różnica między profesjonalistą a amatorem nie leży w jakiejś tajemnej wiedzy czy dostępie do sekretnych informacji. Leży w:

Dyscyplinie. Profesjonalista trzyma się swojego systemu nawet wtedy, gdy emocje krzyczą coś innego.

Zarządzaniu ryzykiem. Nie chodzi o to, żeby wygrywać każdą transakcję. Chodzi o to, żeby przetrwać wystarczająco długo, by statystyka zaczęła działać na twoją korzyść.

Perspektywie czasowej. Amator myśli tygodniami. Profesjonalista latami.

Akceptacji niepewności. Najbardziej niebezpieczne słowa na rynku to „wiem na pewno”.

Paradoks śledzenia smart money

Istnieje cały przemysł zbudowany wokół śledzenia ruchów smart money. Platformy pokazujące, co kupują fundusze. Bazy danych z transakcjami insiderów. Newslettery analizujące każdy filing 13F.

Problem? Zanim dowiesz się, co kupuje smart money, oni już to kupili. A informacja ta jest publiczna, więc wszyscy inni też już o tym wiedzą. Przewaga znikła.

Co gorsza, często widzisz tylko fragment obrazu. Może fundusz kupił akcje, ale jednocześnie zabezpieczył się opcjami? Może to część większej strategii arbitrażowej? Nie wiesz. Więc kopiujesz ruch, nie rozumiejąc kontekstu.

To jak oglądanie meczu szachowego i kopiowanie ruchów mistrza, nie rozumiejąc strategii. Może zadziała raz czy dwa. Ale w długim terminie? Katastrofa.

Może ty jesteś smart money?

Oto prowokacyjna myśl: najinteligentniejszym podejściem do inwestowania może być właśnie uznanie, że nie jesteś smart money. I że nie musisz nim być.

Warren Buffett, prawdopodobnie najbliższy żywej legendzie smart money, mówi coś ciekawego: większości ludzi poleca po prostu kupowanie niskokosztowych funduszy indeksowych.

Nie poleca kopiowania jego ruchów. Nie poleca poszukiwania następnego wielkiego dealu. Poleca być przeciętnym. Bo przeciętność w inwestowaniu oznacza pobicie większości profesjonalistów.

Ironia jest pyszna: najbardziej inteligentnym kapitałem może być ten, który nie próbuje być inteligentny.

Co z tego zostaje?

Smart money istnieje. Ale to nie jest elitarny klub czarodziejów finansowych, którzy znają przyszłość. To po prostu ludzie z większymi zasobami i (czasem) lepszymi narzędziami. Którzy też popełniają błędy. Którzy też podlegają emocjom. Którzy też mogą być po złej stronie handlu.

Mityczne smart money to wygodna historia. Daje nam kogoś, na kogo można zrzucić odpowiedzialność za nasze straty („manipulują rynkiem!”) i kogoś, kogo możemy podziwiać z bezpiecznej odległości.

Prawdziwe smart money? To ten, kto przestał martwić się, czy jest smart money.

Kto zbudował system, trzyma się go i żyje dalej.

Kto nie próbuje przechytrzyć rynku, tylko po prostu w nim uczestniczy.

Kto rozumie, że w inwestowaniu najbardziej liczy się nie bycie najmądrzejszym, ale przetrwanie wystarczająco długo, by pozwolić zadziałać efektowi składanego procentu.

Reszta to tylko dym, lustra i wysokie opłaty za zarządzanie.


Disclaimer: Przedstawione informacje są moimi prywatnymi opiniami i nie stanowią rekomendacji inwestycyjnych. Inwestowanie w akcje, kryptowaluty i inne aktywa wiąże się z ryzykiem utraty kapitału.

Prezes
Inwestor od 2011 roku | Kryptowaluty, akcje, metale szlachetne, analiza techniczna

Dodaj komentarz